08.08.2022

Ekspert: urzędy z opóźnieniem odpowiadają na wnioski o informację publiczną

opublikowano: 2014-09-29 przez: Mika Ewelina

Brak odpowiedzi albo odpowiedź z dużym opóźnieniem to najczęstsze problemy z dostępem do informacji publicznej – powiedział PAP Krzysztof Izdebski, prawnik ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska specjalizujący się w dostępie do informacji publicznej.

PAP: Przygotowali państwo raport dotyczący dostępu do informacji publicznej w Polsce. Jakie są najczęstsze problemy?

Krzysztof Izdebski: Najczęstszym problem jest brak odpowiedzi na złożony wniosek o dostęp do informacji publicznej albo odpowiedź z dużym opóźnieniem. Przypomnijmy, że urząd ma 14 dni na odpowiedź w sprawie wniosku o udostępnienie informacji publicznej. Trzeba jednak przyznać, że sytuacja się poprawia. Jak wynika z naszych badań, w 2012 roku tylko 48 proc. gmin odpowiedziało w terminie, a w tym roku było to już 65 proc. Nadal jednak jest to mało.

To, co najbardziej boli, jeśli chodzi o kwestie dostępu do informacji publicznej, to fakt, że mamy do czynienia z taką zabawą w kotka i myszkę. Urzędy albo odpowiadają po terminie, albo odpowiadają, że informacja, o którą prosimy, jest dokumentem wewnętrznym - choć takiego terminu nie ma w polskim prawie - albo informują, że trzeba przeprowadzić skomplikowaną analizę, żeby taką informację przygotować. W związku z tym wiele spraw musi kończyć się w sądach i bardzo często osoby, które korzystają z tego rozwiązania, są w społecznościach lokalnych piętnowane. Takie sytuacje podważają zaufanie obywateli do państwa.

PAP: Dlaczego terminowość odpowiedzi jest tak ważna?

K.I.: Bo często informacje, o które wnioskują obywatele, dotyczą ich spraw życiowych. Udzielamy rocznie około tysiąca porad prawnych związanych z problemami z dostępem do informacji publicznej. Zdecydowanie największa liczba osób, które się do nas zgłaszają, ma problem z uzyskaniem dostępu do informacji dotyczących ich spraw indywidualnych. Tutaj państwo nie zdaje egzaminu.

PAP: Jakie to są sprawy?

K.I.: Np. ktoś chce kupić działkę i chciałby otrzymać informacje dotyczące planów zagospodarowania przestrzennego działek z nią sąsiadujących. Chce sprawdzić, czy nie ma tam planów budowy np.: oczyszczalni ścieków albo fabryki. I ma problem, aby w terminie dostać tę informację. Otrzymanie jej po terminie, np. po dwóch latach w wyniku postępowania sądowego, jest dla tej osoby bezwartościowe, bo ona nie może tak długo czekać z decyzją o zakupie działki.

Mamy np. klientów, którzy w związku z chorobą dziecka, którego stan pogorszył się w szpitalu, chcieliby sprawdzić, czy na oddziale, gdzie ich dziecko przebywało, były robione kontrole i jakie są ich efekty, a sprawa trwa już rok. Inny przykład: ktoś czuje, że niesprawiedliwie nie przyjęto go do pracy w instytucji publicznej i chciałby prześledzić, w jaki sposób odbywał się konkurs na stanowisko, o które się ubiegał.

To są przypadki, o których nie myślimy, kiedy mówimy o dostępie do informacji publicznej. Najczęściej myślimy o kontroli instytucji publicznych, kwestiach wydawania przez nie pieniędzy itd. To są ważne sprawy, ale często z perspektywy zwykłego obywatela - abstrakcyjne. On chciałby otrzymać informacje dotyczącego jego osobistej sprawy.

PAP: Ustawa o dostępie do informacji publicznej obowiązuje już 12 lat; czy przyniosła efekty?

K.I.: To, że mamy tę ustawę i jako jeden z nielicznych krajów mamy zapisaną w konstytucji gwarancję dostępu do informacji, to są plusy. Oczywiście sytuacja jest lepsza niż 12 lat temu, kiedy ustawa dopiero zaczynała obowiązywać. Czasem pojawiają się jednak sugestie, że administracja publiczna jest zalewana wnioskami o dostęp do informacji publicznej. Np. Związek Powiatów Polskich twierdzi, że prawo do informacji publicznej jest nadużywane. A taka teza nie ma poparcia w faktach.

PAP: Jak to wygląda w liczbach?

K.I.: W 2013 r. wystąpiliśmy do 2479 gmin w Polsce z wnioskami o udostępnienie danych o liczbie otrzymanych wniosków o informacje publiczną. Wyszło na to, że 73 proc. z 1831 gmin, które nam odpowiedziały, otrzymuje mniej niż 50 takich wniosków rocznie, 19 proc. między 50 a 99 wniosków rocznie. 3 proc. gmin odbiera między 100 a 199 takich wniosków, a tylko 1 proc. od 200 do 360 rocznie. Widać, że nie jest tak, że gminy są zalewane tymi wnioskami.

PAP: Jakie jeszcze konkluzje wynikają z raportu?

K.I.: Dużym problemem jest zbieranie i ujawnianie danych osobowych osób, które złożyły wnioski o informacje. Zastanawiające jest, po co urzędy zbierają dane o tym, kto wnioskuje. Dla czynności statystycznych i analizy tego, co się dzieje w urzędzie, wystarczyłyby informacje o tym, o co wnioskodawcy pytają i jak przebiega załatwienie sprawy. Tej sprawy nie należy bagatelizować, gdyż znane są nam przypadki, gdy dane osobowe były wykorzystywane do uciszania dopytujących o informację publiczną. Np. w jednej z gmin wykaz zapytań ze wskazaniem, kto je zadawał, został opublikowany na stronie BIP urzędu.

PAP: Jak pan ocenia działanie Biuletynów Informacji Publicznej, w którym powinny się pojawiać informacje o działalności urzędów?

K.I.: Nadal nie ma zrozumienia, że wiele informacji publicznych powinno być umieszczanych na stronach BIP. Jest tam bardzo mało informacji. Takim przykładem są np.: wyniki kontroli przeprowadzanych w instytucjach publicznych. Bardzo rzadko można je odnaleźć na stronach BIP, mimo że istnieje wyraźny obowiązek publikacji tych wyników.

Rozmawiał Krzysztof Markowski.(PAP)

krm/ abr/

Prawo i praktyka

Przygody Radcy Antoniego

Odwiedź także

Nasze inicjatywy